2
Udostępnień
Pinterest Google+

Jako dziecko nie miałam grubej Barbie. Czy potrzebuję jej jako dorosła?

Od kilku lat obserwuję zmianę polityki firmy Mattel. I pisząc „obserwuję”, naprawdę to robię, ponieważ lalki Barbie były ważną częścią mojego dzieciństwa. Moi rodzice na produkty Mattela wydali małą fortunę. Do dziś w domu rodzinnym oglądam na strychu różowy domek  z windą, różowy jacht, różowy samochód oraz campera. Miałam trzech Kenów (jeden bez głowy, drugi bez ręki, trzeci bez nogi – w trakcie zabawy często tłumaczyłam to wojną w Wietnamie, o której słyszałam z amerykańskich filmów). Poza nimi, miałam ogrom lalek Barbie. Blondynki, brunetki, w lśniących włosach, które czasem ginęły w starciu z nożyczkami. Kilkadziesiąt lalek z najróżniejszymi gadżetami, leżakuje dziś w kilku kraciastych, bazarowych torbach od „ruskich”.

Gdy napisałam jeden z moich popularniejszych tekstów na temat zabawek (Jak wychować głupie dziecko?), w Internecie rozgorzały dyskusje, że przecież wiele kobiet bawiło się różowymi, stereotypowymi zabawkami i żyje. Oczywiście! Tak też było i ze mną. Bawiłam się różowymi, długonogimi Barbie, przy których wyglądałam jak mały ogr. Szczęście chciało, że jak na rozpieszczoną jedynaczkę przystało, nie tylko w różu mnie kąpano. Gdy zechciałam dostać mikroskop, teleskop, subskrypcję gazety filatelistycznej oraz zacząć zbierać kamienie – nikt nie widział w tym ideologii gender.

Przesadzam?

Wysokie lalki przedstawiające afroamerykankę, azjatkę i rudowłosą dziewczynę, krągła blondynka i niebieskowłoska lalka oraz drobna, śniada lalka.
Linia lalek Barbie Fashionistas (Mattel)

Kiedy zwracam ludziom uwagę na to, że istnieją zabawki dedykowane dla płci, kojarzone jednocześnie z intelektem (różowe rzeczy do prowadzenia domu, gotowania i sprzątania, niebieskie to zabawki naukowe, mechaniczne), jestem posądzana o przesadę. Tak samo za przesadę uważane są nowe lalkie Barbie, które zaczęły przybierać inne kolory i kształty, niż kaukaska, długonoga blondynka. Szerokim echem odbiła się tegoroczna nowość – lalki wysokie, drobne oraz krągłe. W tym jedna, ta grubiutka, wygląda zupełnie jak ja! No dobra, jest małą kuleczką (przesadzam, curvy barbie wciąż jest szczupła) i ma niebieskie włosy. Koniec podobieństw.

Nie będę się jednak czepiać. Pozytywnie oceniam zmiany w polityce Mattel, gdzie coraz częściej pojawiają się mniejszości etniczne, sama Barbie nie jest już tylko żoną, matką i modelką. Ostatnia Barbie została architektką, lekarką, a teraz Barbie jest również developerką gier komputerowych! Kolejnym planem jest stworzenie Barbie jako głowy państwa. Oczywiście, że jest to zabieg marketingowy, co często zarzuca się firmie. Ale wyjątkowo dobry zabieg!

Wiecie, to nie jest tak, że to jest sama poprawność polityczna. Jak wspomniałam, jako dziecko był ze mnie mały ogr. Mała wersja Fiony z filmu Shrek. Dziecko było ze mnie chorowite, napęczniałe od antybiotyków, no i smutne. Bo choćbym bardzo schudła, to nigdy nie mogłabym przypominać anatomicznie niepoprawnej Barbie. Można to bagatelizować, ale tego, że pierwsze problemy z samoakceptacją i zaburzeniami odżywiania pojawiają się przed 10. rokiem życia, nawet u 8-9 latek, tego bagatelizować się nie da.

Czy to wina zabawek?

Przedstawione są lalki Barbie w roku 2016. Będą to Barbie o różnych figurach, Barbie szpieg, Barbie developerka gier komputerowych oraz seria President & Vice-President
Developerka musi być moja! Barbie w 2016r. (Mattel)

Oczywiście, że nie. A może kultury zachodniej? Projektantów mody? Można szukać wielu winnych. Bo w tej historii każdy jest winny i nikt nie jest winny. Od wieków wychowuje się dziewczynki tak, aby nikogo nie urażały swoim zachowaniem oraz spełniały wszelkie wyobrażenia. Więc akceptujemy publicznie coraz mniej, a oceniamy innych coraz łatwiej. Oglądam wiele seriali i filmów, ale jedynym miejscem, gdzie widuję nagą kobietę w rozmiarze, jaki ma większość kobiet mijanych na ulicach, jest serial Girls i grająca w nim Lena Dunhan. Widok ciała, które nie jest jak z okładki Vogue, początkowo wprawiał mnie w zakłopotanie. Bo tak naprawdę nie ma zbyt wiele okazji do oglądania realnego ciała kobiet w rozmiarze 40+. Ok, mamy reklamy Dove, gdzie te wszystkie krągłe modelki są wybitnie jędrne, proporcjonalne i gładkie. I równie nierealne.

Hannah Horvath, bohaterka serialu Girls, siedzi naga pod prysznicem
Lena Dunhan, scena z serialu „Girls”

Oglądając Girls odkryłam ciało na nowo. Bo niby mam swoje, ale po co miałabym mu się bliżej przyglądać? Jest pełne rozczarowań. Tymczasem oglądam ciało Leny, która z zerowym zakłopotaniem pokazuje nieregularne, małe piersi. Falujący, miękki brzuch. Nierówne, wibrujące uda. I nosi przy tym kuse spódniczki, małe bluzeczki, co tylko podkreśla jej odległość od ideału. Albo chociaż przyzwoitości.

Jednocześnie Lena nie jest drastycznym przykładem z programu o monstrualnej otyłości. Jest taka, jak koleżanki z pracy i z uczelni. Nie różni się od waszych sióstr, matek i partnerek. Tylko każda inna kobieta chowa Lenę pod grubą warstwą bielizny wyszczuplającej, długimi rękawami zasłania miękkie ramiona, oversize’owy sweter skrywa smutny brzuch, a legginsy są łatwiejsze niż kolejna porażka w przymierzalni, kiedy znowu ten rozmiar powinien pasować. Ale nie pasuje.

Nie bawię się lalkami. Ale oglądam seriale. Lena Dunhan stała się moją Barbie w rozmiarze curvy. Punktem odniesienia, który zapewnia mnie, że ludzie są różni. A pokochanie różnorodności jest lepsze niż wegetowanie we własnych rozczarowaniach.

Jesteś ciekaw/a zdania swoich znajomych? Udostępnij ten artykuł!

Poprzedni artykuł

Cycki, których nie zobaczysz na Facebooku

Następny artykuł

Star Wars: historia niedoszłego gwałtu

  • Zgadzam się całkowicie. Niestety nadal obowiązuje przekonanie, że pokazywać więcej mogą jedynie ludzie z idealną sylwetką, pięknym, jędrnym ciałem i zerową, bądź minimalną zawartością tłuszczu ( serial Girls jest tutaj wyjątkiem, który na marginesie uwielbiam). Natomiast jeżeli o mnie chodzi, to choruję na tarczycę i niewiadomo jak bardzo bym chciała wpisać się w ten wzorzec, to w życiu taka nie będę. I w sumie chwała za to. Mam w dupie ludzi, którzy oceniają mnie ze względu na mój wygląd. Ale przykre jest niestety to ( parafrazując słowa Marty Frej), że rzadko kobiety przejmują się, że np. przeczytały tylko jedną książkę w miesiącu, ale niemal każda przeżywa, że przytyła 2-3kg. Podejrzewam, że to właśnie może wynikać z pewnych wzorców, wpojonych nam jak byłyśmy dziećmi. Bo w sumie po co czytać, eksperymentować, odkrywać, jeżeli ważna jest fryzura lalki, przygotowanie obiadu dla miśków czy ubranie się ładnie, by być grzeczną dziewczynką, która i tak nie zrozumie o co chodzi w zestawie młodego naukowca, który znajduje się w dziale dla chłopców. Dla nas wystarczy, że pralka się kręci, więcej nie musimy wiedzieć…

    • Czasem mnie to aż załamuje, że przecież, pal licho ja, ale znam tyle mądrych, cudownych kobiet, które są moimi guru. A złamać może je najmniej istotna uwaga. I wiedzą o tym, tak jak ja wiem, że są rzeczy trywialne w życiu – jak waga. A i tak wciąż nie potrafią tego zwalczyć. Ale może jesteśmy na dobrej drodze 🙂

    • To tak nie działa. Jako osoba bez_tłuszczu zbieram cały możliwy hejt ludzi, którzy marzą by być chudymi… ale nie są. Ciągłe przytyki o dokarmianiu, od podstawówki nie byłam na basenie, po prostu się boję rozebrać. Już latem z krótką koszulką i odsłoniętymi rękami jest problem. Obcy ludzie podchodzą pytając, czy na coś choruję. Figura idealna? Zapomnij.

      • ok, czyli utwierdziłaś mnie w przekonaniu, że ogólnie ludzie wpieprzają się w nie swoje sprawy. I z największą chęcią pragną jedynie komuś uprzykrzyć życie (oczywiście nie wszyscy), nie ważne czy ktoś jest szczupły, otyły, niepełnosprawny, czy ma pryszcza na nosie. Ale jeżeli posiada wygląd, który może być tematem do dyskusji, to napewno będzie. A może warto mieć to wszystko w dupie? I na kolejne jakieś głupie pytanie czy komentarz, po prostu je zignorować albo dowalić coś ironicznie. Mi się pare razy zdarzyło, że jakaś osoba gratulowała mi ciąży. Mam płakać po nocach i rezygnować z chodzenia na basen czy innych przyjemności. NIGDY! Odpowiadałam wtedy „dziękuję, ach ten bób. Olewałam sprawę. I szłam sobie poczytać ciekawą książkę 😉 Dodam jeszcze, że to nie jest tak, że mam gdzieś moją wagę. Chodzę na basen, zumbę, dużo spaceruję. Ale robię to dla siebie i dla swojego zdrowia, a nie dlatego, bo ktoś może coś o mnie pomyśleć i komentować moją wagę. Ten etap już dawno mam za sobą.

        • To jest problem przeciętność kontra odmienność i jedyną receptą jest unikanie tego typu jednostek. Ignorowanie zaczepek to przyzwolenie na nie, robi się jeszcze gorzej. Z kolei pyskówka nakręca agresję. Dowalanie ironiczne to niestety nie moja specjalność, nie wtedy gdy nie spodziewam się ataku. Mogę tylko odbić piłeczkę i wyzwać delikwenta od wielorybów, ale czy o to chodzi? Do pewnego stopnia można się nie przejmować, ale jeśli każda rozmowa z nowo poznaną osobą najdalej po kilku zdaniach schodzi na „ale Ty jesteś chuda, powinnaś więcej jeść”, albo „nic dziwnego, że jesteś taka chuda” po tym, jak się odmówi zjedzenia ciasta czy czwartej dokładki – nie jest niczym przyjemnym i zwyczajnie przestaje się lubić ludzi. To jest ludzkie, zachwycamy się pięknem, na brzydotę mówimy „fuj”. Ale doprawdy nie pojmuję, jaki jest powód zaczepiania ludzi na ulicy i mówienia im, jak wyglądają. Widać niektórzy jajo zniosą, jeśli tego nie zrobią. 😉

          • Ja od razu eliminuję takie osoby jako potencjalnych znajomych 😉 Oczywiście, to nie jest przyjemne, ale nie potrzebuję takich ludzi w swoim otoczeniu. W życiu od dawna kieruję się zasadą, aby zadawać się z ludźmi, z którymi przebywanie sprawia mi przyjemność i jak narazie to działa 🙂 Jednak dla mnie zawsze było najgorsze ocenianie wzrokiem. Taki body check z góry na dół. No ale cóż… to tylko świadczy o tej osobie. Poza tym zaczepianie na ulicy, ech ludzie mają tupet. Szkoda, że nie reagują tak na głupotę, tylko na to, jak ktoś wygląda. W takim wypadku trzeba tylko pogratulować inteligencji.

          • Ze znajomych łatwo, ludzi na plaży czy basenie trudno wyeliminować z życia. Najłatwiej nie chadzać w miejsca masowo uczęszczane przez „przeciętniaków” i robi się spokój. Na ocenianie wzrokiem się chyba uodporniłam, odruchowo nie patrzę ludziom w oczy, to nawet nie wiem czy się na mnie patrzą, czy nie. Zresztą czekinowanie to chyba bardziej domena kobiet, trochę nie lubię przez to łazić po sklepach stacjonarnych, zawsze znudzona obsługa się na mnie spojrzy z obrzydzeniem (pewnie dlatego, żem niemodnie ubrana). 😉

          • Levitek

            Znam ten ból kiedy ludzie komentują ‚jak bardzo jest się chudym’. Od zawsze mam niedowagę, byłam, jestem i pewnie zawsze będę ‚za chuda’ do tego stopnia, że kończąc liceum ważyłam przy 158 38 kg a najgrubszym momencie życia (już po 20) to było 45-47 kg 😉 ale nigdy nie miałam problemów zdrowotnych (no teraz mam lekkie bo ogólnie mało jem od zawsze a jeszcze przez pracę jem mniej i jadłam długo małojakościowe śniadania bo rano nie było czasu i takie tam pierdy), byłam dzieckiem z idealnymi pod tym względem wynikami, żadnych niedoborów, anemii itd, jadłam śniadania, obiady, kolacje i ogólnie jadłam ale przecież ludzie wiedzą lepiej… pamiętam nieprzyjemną sytuację z sanatorium, jeszcze najgorsze, że w wieku gimnazjalnym vel ‚dojrzewanie’ więc ogólnie różne odchyły z akceptacją siebie i bla bla 😉 no ale nie odchodząc od tematu, mieliśmy w sanatorium szkołę, na miejscu w tym samym budynku, parę pomieszczeń, klasy zrobite z dzieci w podobnym wieku, nauczyciele przychodzili prowadzili zajęcia – taka tam namiastka ‚normalnej edukacji’ i właśnie o jedną nauczycielkę się rozbija…kiedy nieliśmy jakąś wycieczkę sanatoryjną wspólną czyli obydwa oddziałami (dzieci młodsze od kajtków w wieku przedszkolnym gdzieś do 12-13 roku życia i ‚starsze’ czyli od gimnazjalistów po licealistę) to owa pani pełniła wraz z wychowawczynami santoryjnymi funkcję opiekunki… wsiadamy do autokaru, zajmujemy swoje miejsca, babka chodzi i rozdaje prowiant, jakieś picie i kanapki – masło + ser żółty – nadmienię w tym miejscu, że nie cierpię, nie znoszę i nie mogę kanapki z samym suchym serem, muszę mieć keczup, majonez, jakiś sos czy coś… – więc nauczycielka podchodzi do mnie i koleżanki, proponuje kanapkę, koleżanka bierze, ja kulturalnie dziękuje odpowiadając, że nie jestem głodna i chyba nawet dodałam, że mam własne jedzenie – cały plecak wypchany pysznościami które dostawałam w paczkach z domku oraz sama zakupiłam jak nas ‚wyprowadzali’ na miasto 🙂 – babsko robi oczy jak 5 zł i raban na cały autokar ”WEŹ KANAPKĘ, JAK TO NIE CHCESZ?! NIE CHCESZ KANAPKI? PEWNIE MASZ ANOREKSJĘ!!!!” coś w ten deseń ale zdanie o mojej rzekomej anoreksji to była główna część jej wypowiedzi i z tego co pamiętam coś o ‚głodzeniu się’ bądź niejedzeniu i przytyk w stronę rodziców w stylu ‚jak oni mogą na to pozwalać, boże co twoi rodzice na to’… zaraz po jej wybuchu, oczy wszystkich zwróciły się w moją stronę, wszyscy chcieli zobaczyć jak wygląda ta wychudzona anorektyczka, uczucie było niesamowicie przykre – miałam wrażenie jakbym była jakimś dziwolągiem, cisza wszyscy się gapią, marzyłam tylko zniknięciu bo czułam i wiedziałam, że co starsze osoby czyli praktycznie cała moja nieszczęsna ‚klasa’ właśnie podożając za słowami nauczycielki, przyczepiła mi właśnie łatkę jakiejś głupiej wychudzonej głodzącej się anorektyczki – mimo, że anoreksja to straszna choroba która jest niezależna od osoby chorej bo to zaburzenie – to wydźwięk całej sytuacji był taki, że jestem kretynką która świadomie robi sobie krzywdę a to, że byłam chuda i że jedyna rzecz jaka się kojarzy z byciem ‚szkieletorkiem’ i niejadkiem jest anoreksja no to właśnie… plus inne prztyki przez cały okres nastoletności po liceum a nawet okres tuż przed studiami w stylu ‚czemu nie chcesz jeść’ ‚jesteś taka chuda’ ‚wyglądasz jak szkielet’, ‚weź coś zjedź w końcu’ plus mniej miłe jak ‚gdzie ty masz cycki? zjadłabyś coś to może by ci urosły’ ‚wow naprawdę tyle ważysz? nie powinnaś się leczyć?’ przez ‚dobre rady’ czyli wszelakie opinie ekspertów płci męskiej, że powinnam przytyć a nawet do jakiej wagi i na nic zdawały się moje tłumaczenia, że nie mogę ważyć ok 60 kg czy dobrze ponad 50 bo przy moim wzroście i drobnej budowie ciała będę wyglądać ‚źle’ a przede wszystkim się źle czuć bo jestem filigramowa a tak będę pulpetem, nie oni najlepiej wiedzą co powinnam z sobą zrobić bo wg wszelakich tabel wykresowych ważę o wiele za mało do wieku natomiast żaden nie zwrócił uwagi, że odnośnie wzrostu już jest całkiem w porządku, że całkiem w porządku wyglądam po prostu jestem chuda, nie, nie nie bo obliczali mi też bmi na kalkulatorze i w kalkulatorku wyszło, że anoreksja i koniec kropka. Nawet mój własny facet miał taki żart przejęty od ojca, że obudowa jego laptopa jest grubsza niż ja w pasie, kiedy zaczęliśmy się spotykać co trochę mnie zmotywowało do przybrania na wadze – wtedy wbrew sobie żeby w końcu się ‚przymknął’ chociaż nie powiem – wyszło mi to na dobre bo jak trochę kg doszło to i ładniej jakby zaczęłam się prezentować, ubrania zaczęły się fajnie układać i nawet mam całkiem przyzwoite jak na swoje warunki ‚cycki’ bo tłuszczyku się jednak troche odłożyło 😉 i w końcu mój luby nie narzeka ale ogółem dalej jestem chuda, ‚za chuda’ i pewnie dla niektórych już do końca będę zagłodzoną anorektyczką kretynką która wbrew dobrym radom nie chce na siłe się utuczyć po to żeby innym było przyjemniej i żebym była bardziej ‚kobieca’ hehe, bo teraz jestem małym chłopcem ewentualnie dziewczynką dla poniektórych 😀

          • A Pastuszak

            Drogie Panie, to nie jest niestety tak, że powodem komentarzy jest niestandardowy wygląd lub jego ewentualne mankamenty. Jest nim fakt bycia kobietą. Widziałyście kiedykolwiek, żeby facet/mężczyzna był w ten sposób zaczepiany i zmuszany do tłumaczenia się ze swojego wyglądu? Ja nie. Niestety to ma miejsce od najwcześniejszych lat i już dziewczynka dostaje przekaz od społeczeństwa, kultury, rodziny i całego otoczenia, że w jej przypadku (dziewczęcia) ten wygląd jest ważny, jeśli nie najważniejszy. I to nieważne, co i jak komentują: gruba/chuda/pryszczata/płaska/piersiasta. Ważne, że to jest w ogóle jakiś „issue”, kiedy w przypadku chłopców nie jest i może dlatego w późniejszym wieku mężczyźni, nawet jak są łysiejący i z brzuszkiem, nie mają kompleksów, a nawet są przekonani o własnej atrakcyjności. Przechodziłam przez etap bycia zakompleksioną nastolatką i młodą kobietą, było to wspólne doświadczenie wszystkich moich rówieśnic, jest też nadal udziałem moich młodszych koleżanek. Skąd się to brało (i bierze)? Ano teraz z perspektywy 36-letniego życia widzę, że i z nierealistycznych lalek, i z wychudzonych, zretuszowanych modelek, a przede wszystkim z nieustannego przekazu, że wpasowanie się w ten wzorzec wyglądu jest ważne i pociąga za sobą społeczną akceptację lub odrzucenie. Niby edukacja też była ważna, ale te wszystkie gremia ciotek, wujków, sąsiadów i niestety własnych rodziców nie pytały mnie nigdy o plany zawodowe, tylko komentowały każdy kilogram i krągłość. Wyrosłam na całkiem ładną i smukłą kobietę, ale to wcale nie tak, że miałam spokój i koniec z kompleksami. „No teraz to jesteś jak modelka, tylko nie przytyj”, „taka ładna, umaluj się jeszcze i załóż mini” – i idzie przekaz dla 18-latki u progu dorosłości, że Twoje studia, plany i zainteresowania to pal licho, tylko wyglądaj. Mam młodsze koleżanki i 2 siostrzenice w wieku +/- 20 lat, i widzę że nic lub niewiele się zmieniło. Dla mojej 22-siostrzenicy „nie ma pieniędzy” na nowego laptopa, ale babcia (a moja matka) chętnie zasponsoruje turnus odchudzający:( W dalszym ciągu dziewczyny (a mówimy tu o Krakowie, nie jakiejś „prowincji”) są wtłaczane siłą we wzorzec „ładnej laski”. Bywa, że to kupują, zakładają szpilki i idą się lansować w klubie, zarzucając jednocześnie wiele hobby i ambicji, bo to takie niestandardowe i psuje wizerunek „dżagi do wyrywania”. Bywa też, że mają wzorce gdzieś i robią swoje, i wtedy dostają łatkę „niekobiecych”. W każdym przypadku dla społeczeństwa ich wygląd jest istotny i owo społeczeństwo nie waha się komunikować im wprost swojej aprobaty lub jej braku. Oczywiście, że istnieją też normy dla facetów, ale dużo słabiej egzekwowane i w o wiele późniejszym wieku, bez wpływu na kształtowanie się ich osobowości. W przypadku moich np. bardzo otyłych kolegów spotkałam się co najwyżej z dyskretnie wyrażanymi wyrazami troski wśród najbliższych znajomych, z otwartą krytyką i komentarzami na ulicy – nigdy.

  • Oliwia

    Dobry tekst 😉 Ostatnie zdanie w notce jest juz od paru miesięcy moim mottem życiowym

    • Też muszę się mocniej zacząć nim kierować 😉

  • Śmieszą mnie komentarze kobiet, twierdzących, że barbie, którymi bawiły się przed laty nie wyrządziły im krzywdy. W ogóle jak to można zmierzyć? Tylko kilka kompleksów jesteśmy w stanie przyporządkować do pewnych sytuacji życiowych: np. „tata powiedział, że jestem brzydka”, większość pojawia się niepostrzeżenie. Przez obrazy, dźwięki. Przez porównania.

    Ja mam masę kompleksów – czy któreś zrodziła zabawa lalkami barbie? Obawiam się, że tak, mimo że teraz nie umiem odpowiedzieć na pewno. Krok firmy mattel uważam za rewelacyjny.
    Ciekawa jeszcze jestem jak na psychikę dzieci wpłynęłyby lalki posiadające jakieś stopnie niepełnosprawności – np. ktoś kto jeździ na wózku. Czy to zwiększyłoby wśród nich empatię i zrozumienie. Nie wiem, ale kierunek jest dobry. 🙂

    Ps. Gdzie wykopki? 🙁

  • Ja również się cieszę, że Barbie będą bardziej realne. Co prawda mnie nie dopadły kompleksy ze względu na figurę, ale znam osoby, które bardzo zwracają uwagę na to, by mieścić się w kanonie. Moja córka ma już kilka Barbie, ale na pewno będzie miała i te z nowej kolekcji;

    • Te z nowej to i ja sobie zamówię! Już miałam jedną w koszyku 😉

  • Społeczeństwo zostało ogłupione przez wszechobecne media. Każą nam wyglądać tak i tak, zachowywać się w określony sposób, a jeśli coś Ci nie wyjdzie, to wydaj na to wielkie pieniądze, bo inaczej to wstyd. Wzorujemy się na modelkach i reklamach, które są ultrapodrasowane i mimo, że wiemy, że ich wygląd jest nierealny, to uważamy go za ideał. A później rodzą się problemy – bo przecież nie da się nosić ot tak rozm. 34. A to działanie na podświadomość zaczyna się przecież już w przedszkolu. Właśnie od lalek barbie. A może gdyby zrobić lalkę-bulimiczkę, to kobiety by się choć nieco ogarnęły?

    Z.

    • Myślę, że problem leży głęboko w ludziach, społeczeństwie, kulturze. Wątpię, że dzięki jednej lalce ludzie się ogarną. Ale warto przypominać ludziom, jak wyglądają.

  • Też lubię wracać do Barbie, wciąż sobie powtarzam, że kiedyś kupię wreszcie tę nieszczęsna barbie świąteczną w wielkich sukniach, której nie miałam w dzieciństwie, ale nie wtym rzecz.

    Zmiany są fajne, ale nie wiem czy kojarzysz taką „książeczkę” Barbie game developer, gdzie, Mattel bardzo ładnie pokazał gdzie jest dziewczynki miejsce. Barbie projektuje gre, ale w sumie to nic nie umie więc musi poprosić o pomoc Briana i Stevena by zmienili jej projekt w „prawdziwą grę” – ot taki z niej game developer.
    Historyjka jest stara i doczekała się sporo komentarzy. Jedna z lepszych przeróbek, podmienia dymki w oryginale – barbie projektuje grę i wraz ze swoimi znajomymi tworzy team – wszyscy programują, a barbie nie jest „głupszą” koleżanką.
    Czy na podstawie tej historii Mattel się czegoś nauczył.
    A gdzie tam!
    Nowa barbie jest rudą, okularnicą, odpowiadającą standardom znerdziałych facetów i tylko dzięki protestom projektantki jej ubrań nie dostała 2 razy większego biustu od pozostałych plastikowych koleżanek (byłoby to dość uciążliwe, bo ponoć mimo zmian w kształcie, wszystkie lalki mieszczą się w te same ubranka ). Trochę szkoda, bo ostrzał komentarzy pod jaki by trafili, może by ich przekonał, że mają ogromny wpływ na wychowanie dzieci.

    • Ja tam będę kibicować w zmianach, wierzę, że najgłupszych można czegoś nauczyć 😉