8
Udostępnień
Pinterest Google+

Jestem swoją pracą w Polsce. W Sztokholmie zaczęłam być człowiekiem.

Doszło do mnie ostatnio, co robiło ze mną życie w Warszawie. Że każdą rozmowę rozpoczynało pytanie o moje dokonania zawodowe. Programistka, spoko. Blogerka, spoko. Ale nie aż tak popularna, meh. Mniej spoko. Jaka agencja czy software house? Ile lat doświadczenia? W jakiej dzielnicy mieszkasz? Kupiłaś już mieszkanie?

Mimochodem rzucane: w sumie to bardzo chciałabym popracować w kawiarni, nigdy tego nie robiłam.

-Hahaha, Amanda, ale Ty jesteś zabawna. No, to opowiedz mi o swoim ostatnim sukcesie?

Ale kiedy ja mówię na serio. Zaczęłam programować, bo chciałam, aby było mnie stać na wynajem mieszkania i aby na koniec wypłaty nie zostawało aż tak wiele miesiąca.

Pieniądze mnie przerażały. Choroba nowotworowa mojej matki zostawiła długi, więc w wieku 18 lat zamiast myśleć o studiach na drugim końcu świata, albo chociaż Polski, sprawdzałam dotacje i szukałam sposobu na to, jak zarobić w końcu pieniądze, które pozwolą mi wyjść na prostą. Kiedy kończyły mi się zajęcia, biegłam na złamanie karku na pociąg, aby za dwie godziny wrócić do swojej małej miejscowości, bo czułam, że muszę zająć się rodziną. Że nie mogę tak po prostu odejść i się rozwijać. Muszę zapierdalać.

I tak zapierdalałam dobre 8 lat. Fiksując się na punkcie tego, aby w końcu nie myśleć o tym, czy mogę sobie coś kupić, bo może lepiej te pieniądze odłożyć i zainwestować. Nie włóczyłam się po klubach, nie znałam życia akademików. Po prostu ogarniałam rzeczywistość, wypełniałam tabelki, czekałam, aż będzie lepiej.

Kiedy w końcu było lepiej, to i tak nie umiałam się tym cieszyć.

Bo nigdy nie wiesz

John Holcroft

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam ile zarobię w Szwecji i przeliczyłam to na złotówki, to odjęło mi mowę. Nie czułam, że pracując jedynie 8 godzin dziennie w biurze można tyle dostać. Bo w Polsce pracowałam na etacie, a po nim ogarniałam własną firmę. Pracując po kilkanaście godzin dziennie udawało mi się dostać jakiś większy zastrzyk gotówki za jakiś projekt, z którego ledwie wiedziałam jak się cieszyć.

W Szwecji zaczęłam poznawać ludzi. Pracujących w różnych miejscach: studia nagraniowe, kawiarnie, firmy IT, hospicja, szkoły. Uderzyło mnie, że dowiedziałam się o tym przypadkiem. Bo nikt nie pyta, mało to kogoś interesuje. Wczoraj, siedząc w nocy na balkonie ze znajomą opowiadałyśmy sobie o tym jakich pytań nie lubimy od nieznajomych. Dość upierdliwym jest kwestionowanie Twojego pochodzenia etnicznego i częste wypieranie, że skoro nie jesteś biała, to skąd jesteś, bo Szwecja nie jest satysfakcjonująca. Nawet jak się tu urodziłaś.

Więc siedzimy i wtedy ona mi mówi: Amy, ja nawet nie wiem gdzie Ty pracujesz i mało mnie to w sumie interesuje. Nie w złym sensie, bo jesteś fajną dziewczyną, masz fajne mieszkanie i świetne koty. Ale niezależnie czy czyścisz kible czy jest CEO Spotify, to nijak to nie definiuje tego kim jesteś.

Ja też nie wiem, gdzie ona pracuje, a znamy się już trochę. Nie pytałam i pewnie nie zapytam, bo jakie to ma znaczenie?

Jesteś ciekaw/a zdania swoich znajomych? Udostępnij ten artykuł!

Poprzedni artykuł

Dlaczego tak bardzo nienawidzę szkoły?

Następny artykuł

Jak to jest być imigrantką?